Kulawe konie ruszają galopem do akcji. Niektóre rzeczy wychodzą im lepiej lub gorzej, a czasem całkiem tragicznie, to jednak bilans ostateczny jest pozytywny.
Bibliofil
W powietrzu czuć było anarchię – pisał Mick Herron w „Martwych lwach”. No cóż… teraz to dopiero się zrobiła anarchia.
Akcja tej powieści jest jak obieranie cebuli. I nie chodzi o to, że łzawią nam oczy. Każda kolejna warstwa odsłania następną. Każda tajemnica ma swą tajemnicę.
„Martwe lwy” są wyjątkowo brawurową fabułą. Jeszcze niedawno układaliśmy powieści sensacyjne na półce tuż obok fantastyki. Zimna wojna się skończyła i epickie akcje sensacyjne nie wydawały się ani ważne, ani ekscytujące, ani też prawdopodobne.
Gdy wyjeżdżacie ze swymi pociechami w wieku szkolnym na wakacje, zabierzcie tę książkę ze sobą. Nie zapominając o elektronicznych gadżetach, nie zapomnijcie też o książkach. To one kształtują wyobraźnię, uczą empatii i asertywności.
Dwaj policjanci, którzy prowadzą śledztwo mają twardy orzech do zgryzienia. Od razu okazuje się, że Anna i Mikołaj, każde na swój sposób, nie mówią prawdy. Potem okazuje się, że kłamią.
Jak na powieść fantastyczną ta książka jest chwilami wyjątkowo realistycznym thrillerem, który ukazuje ludzką cywilizację bez osłonek. Tragiczna światowa pandemia redukuje liczbę ludności o blisko połowę.
Bohaterem jest Ralph Roberts, siedemdziesięcioletni emeryt, który niedawno pochował żonę. Od jej śmierci Ralph zaczyna cierpieć na bezsenność. Zasypia jak zwykle, ale budzi się coraz wcześniej.
Ta powieść ma chyba najbardziej poplątaną fabułę ze wszystkich dotychczasowych. Autorka potrafiła niesamowicie sugestywnie ukazać trudne losy ludzi i ich skomplikowane relacje.
Jednym z ważnych życiowych spostrzeżeń w tej powieści, jest też problem komunikacji w rodzinie. O tym, że ludzie nie rozmawiają ze sobą. Że nie potrafią mówić o problemach.

