Astronauci wylądowali na planecie podobnej do Ziemi. Rasą cywilizowaną były tam małpy, a ludzie byli prymitywni i pozbawieni mowy. Za to kobiety były istnym marzeniem ówczesnego mężczyzny. Kuso odziane w liche szmatki, seksowne i nie mówiły.
Dwight Manfredi zaczyna urządzać sobie życie w Tulsie, ale nie jest to domek z ogródkiem na przedmieściach. Organizuje własną organizację przestępczą. Rekrutuje kolejnych członków, a ci dość szybko przekonują się, że warto słuchać jego pomysłów.
„Jeździec znikąd” to w oryginale film pod tytułem „Shane”, a moja recenzja mogłaby mieć tytuł „Jak umierają wspomnienia”. Zawsze byłem miłośnikiem westernów, a w czasach Polski Ludowej spośród rozmaitych dzieł kinematografii amerykańskiej docierały głównie westerny.
Andrzej Sapkowski należy do gatunku rzadko dziś spotykanych erudytów, więc obcowanie z jego twórczością zawsze jest dla mnie przyjemnością.
W tej krainie ludzie, którzy umierają, muszą odbyć pokutę, zanim bogowie zabiorą ich do raju. Dusze zmarłych przybierają bardzo konkretne i materialne kształty.
Bez wsparcia Centrum Kontroli Lotów wszystko prawie przerasta możliwości astronautów. A przed nimi przynajmniej trzy lata w kosmosie.
Nie liczcie na szczęśliwe zakończenie. Robert J. Szmidt przedstawił fabułę, w której nie ma miejsca na dalszy ciąg. Ani na alternatywne wizje.
Serial jest wierną adaptacją książki. I to wcale nie jest złe. Karsten Dusse jest bowiem od dawna związany z filmem i doskonale wie, jak należy napisać nie tylko dobrą powieść, ale i dobry scenariusz.
„Wu Assassins” to serial sztuk walki. Akcja rozgrywa się w San Francisco, gdzie młody kucharz Kai Jin zostaje zabójcą Wu. Miłośnicy takich pojedynków będą usatysfakcjonowani.
„Goodnight Moon” zyskała największą sławę, gdy słowa „Dobranoc Księżycu” rozbrzmiały na zakończenie słynnego „Kill Bill 2” Quentina Tarantino. Utwór tak bardzo pasował widzom do nastroju, że często byli przekonani, iż to kompozycja specjalnie dla filmu.



