Platforma streamingowa Netflix wkracza mocno w rok 2025, prezentując szokujący i wręcz naturalistyczny western zatytułowany „Świt Ameryki”.
Kinoman
Bohaterem tej opowieści jest poszukiwacz złota Korpi, który znajduje podczas poszukiwań w Laponii bryłki złota. Postanawia wyruszyć w poszukiwaniu banku, w którym zmieni złoto na pieniądze.
Pierwszą ofiarą staje się przypadkowy pijany bywalec baru. Jak się zresztą okazuje był to dość paskudny typ, taki agresywny pasożyt społeczny.
Rok 1974. Irlandia Północna targana jest domową wojną między katolikami i protestantami. Terroryzm to broń obu stron. Bojownicy IRA dokonują zamachu i przypadkiem giną dzieci.
Dani Ramos będzie w przyszłości kolejną postacią ratującą ludzkość. Na pomoc rusza jej z przyszłości Grace. Zjawia się też Sarah Connor. Brakuje już tylko Starego Terminatora, więc i on się pojawia w końcu.
Widz może czuć się zaskoczony pierwszymi scenami serialu, które – być może nie przypadkiem – nawiązują do „Terminatora”. Historia cywilizacji zaczyna się bowiem od wojny z inteligentnymi maszynami, które zagrażały ludziom.
Keira Knightley w brawurowym sensacyjno-szpiegowskim thrillerze rozgrywającym się w rządowych kręgach Wielkiej Brytanii to dobra propozycja na świąteczne wieczory.
Astronauci wylądowali na planecie podobnej do Ziemi. Rasą cywilizowaną były tam małpy, a ludzie byli prymitywni i pozbawieni mowy. Za to kobiety były istnym marzeniem ówczesnego mężczyzny. Kuso odziane w liche szmatki, seksowne i nie mówiły.
Dwight Manfredi zaczyna urządzać sobie życie w Tulsie, ale nie jest to domek z ogródkiem na przedmieściach. Organizuje własną organizację przestępczą. Rekrutuje kolejnych członków, a ci dość szybko przekonują się, że warto słuchać jego pomysłów.
„Jeździec znikąd” to w oryginale film pod tytułem „Shane”, a moja recenzja mogłaby mieć tytuł „Jak umierają wspomnienia”. Zawsze byłem miłośnikiem westernów, a w czasach Polski Ludowej spośród rozmaitych dzieł kinematografii amerykańskiej docierały głównie westerny.


